Stawecka Design po godzinach #1

Stawecka Dsign po godzinach # 1

Z pisaniem postów na bloga jest jak z nawykami. Im dłużej tego człowiek nie robi tym trudniej do tego wrócić. Ostatnie dwa miesiące były dosyć intensywne. Przez cały ten czas miałam ogromne wyrzuty sumienia, że nic nie piszę. Kiedy siadałam do tworzenia posta znajdowałam tysiąc i jeden wymówiek, żeby go nie skończyć. Dziś, chociaż tego zupełnie tego nie zaplanowałam, postanowiłam napisać cokolwiek…

Nie brzmi to za dobrze, prawda? A może jednak? Opowiem Ci co się u mnie działo, co mnie inspirowało, zachwycało i czym się zajmowałam. Niech będzie to takie podsumowanie. Stawecka Design po godzinach. Jeśli się Wam spodoba, może od czasu do czasu będę robić takie podsumowania? Na razie zacznijmy na rozgrzewkę…

  1. Wydarzenia: Wystawa “Z drugiej strony rzeczy. Polski design po 1989 roku” Kraków Muzeum Narodowe. 

Byłam, widziałam, jest inspirująco. Człowiek nie zdaje sobie nawet sprawy ile eksponatów ma w domu! Taki fotel, albo kieliszki albo nawet bączek! Znajomo, prawda?

    

Swoją drogą to momentami miałam wrażenie, że niektóre gadżety i meble widziałam ostatnio w sieciówkach. Prawa autorskie i te sprawy… ale może się czepiam. Zaciekawionych odsyłam do wpisu Kiedy inspiracja staje się kopią. 

Wystawę możecie oglądać w Muzeum Narodowym w Krakowie do 19 sierpnia 2018 roku. Śpieszcie się, bo warto!

 2. Do poczytania: Historia designu oraz polska edycja gazety Vogue.

Historię designu wydawnictwa Arkady czytam z przerwami od Świąt Bożego Narodzenia. Bo nie jest to książka na jeden wieczór. Rys historyczny zawierający mnóstwo ciekawostek o przedmiotach, które zapisały się na kartach historii jako przełomowe w kwestii designu, należy sobie odpowiednio dawkować. Jeśli ciekawi was historia powstania kultowej butelki perfum Chanel nr 5, Forda Model T lub jednego z pierwszych Kodaków to koniecznie musicie zaopatrzyć się w tę książkę.

Tylko musicie wiedzieć, że historia designerskich przedmiotów opisana na prawie sześciuset stronach jest niezłą “cegłą” 😀 ale za to po przeczytaniu można z niej zrobić całkiem niezłą coffe table book 🙂

Czytacie może gazety? Ja nie specjalnie. A te modowe przestałam czytać już jakiś czas temu. Wszystkie pisane na jedno kopyto, sesje zdjęciowe nijakie, wartościowych tekstów jak na lekarstwo.

Wydaje mi się, że na tym tle zdecydowanie wybija się polski Vogue. Teksty są ciekawe, ich ilość jest odpowienia, poruszane są ważne i trudne tematy. Jak narazie gazeta trzyma poziom i zdecydowanie zachęca do jej zakupu. A do tego te okładki! Cud, miód, malinki. Zdaje sobie sprawę, że nie każdemu może się to podobać, ale podoba się mnie więc dlatego o tym mówię 🙂

3. Ubrania i gadżety: PLNY LALA i #kuboholik.

Jestem ubraniowym minimalistą. Kupuję ubrania rzadko, a jak już kupuję to staram się dokładnie wybierać materiał, z którego są wykonane, miejsca gdzie są produkowane i czy jest szansa, że posłużą mi na dłużej. Jestem zdecydowaną fanką polskich projektantów i rodzimych marek, które szyją ubrania w Polsce. Taka moja mała cegieła w stronę wspierania polskich przedsiębiorców :).

Ostatnio potrzebowałam T-shirtu. We wpisie o Organizacji szafy pisałam, że mam ich relatywnie mało, dlatego musiałam sprawić sobie nowy. Padło na polską markę PLNY LALA. Nad jakością produktu nie będę się rozwodzić bo jest super, ale urzekła mnie jeszcze jedna rzecz, mianowicie metka. Tak tak… dobrze czytacie. Metka. Dlaczego? Sami zobaczcie 🙂

        

Niestety oznaczanie autora grafiki lub innego nadruku na ubraniach nie jest częstą praktyką. A tutaj taka niespodzianka! Jeśli interesuje Was temat praw autorskich w modzie zajrzyjcie na Legally Fashionable. Próbujemy promować, próbujemy przebić się z tematem, bo jest ważny. A jak bardzo, przekonują się zazwyczaj dopiero Ci, który zwracają się o pomoc kiedy ktoś “pożyczy” sobie ich projekt, co niestety jest nagminną praktyką. Są łzy i jest frustracja, a lepiej przecież zapobiegać, niż leczyć :).

O i kupiłam sobie kubek. Zupełnie przypadkowo zarówno koszulka jak i kubek są różowe. Zupełnie przypadkowo ostatnio kupuję rzeczy tylko w tym kolorze. Jakiś kryzys dwudziestokilkulatka? 🙂

4. Miejsca: Góry.

Uwielbiam, ubóstwiam i tylko tam faktycznie odpoczywam, nawet jak na szczycie tracę oddech. Nic to, dla takich widoków warto. Wędrówka i zdobyty szczyt pozwalają spojrzeć na życie z innej perspektywy, a problemy życia codziennego, które wydają nam się być rozmiarów co najmniej muminkowej Buki, zastraszająco maleją. I już nie wydają się takie przerażające. Niech zdjęcia powiedzą jak jest! Tych co kochają, zachęcać do wędrówek nie muszę, Ci którzy jeszcze nie znają, niech wiedzą co tracą 🙂

Jedna z ostatnich wypraw.

Trasa: Dolina Chochołowska – Grześ 1653 m n.p.m. – Rakoń 1879 m n.p.m. – Wołowiec 2063 m n.p.m. około 30 km, 8 h wędrówki. 

5. Przemyślenia: Uważność.

Zepsół mi się ostatnio telefon. Oczywiście, że SAM :). Wziął i spadł z pralki. Wyświetlacz i i dotyk poszły się paść i było trzeba naprawić. No więc zaniosłam do tej naprawy, uprzejmy Pan powiedzial mi, że mogę go odebrać za 1,5 godziny. Cóż było robić? Jechać do domu się nie opłaca bo to na drugim końcu Krakowa, coś trzeba ze sobą zrobić… to może do centrum ? Hm, tylko jak mam dojechać do centrum skoro NIE MAM TELEFONU, którym to płacę w aplikacji za bilet?  W portfelu pustka, kartą w tramwaju za bilet nie można płacić, a automatu brak na horyzoncie… co robić?

Postanowiłam iść pieszo. Tylko gdzie mam iść jak nie mogę włączyć Google Maps BO NIE MAM TELEFONU i na pewno się zgubię? Idę prosto przed siebie, przynajmniej wrócić będzie łatwo. Idę, idę, widzę budkę z lodami. Hm. Jest kolejka na dwadzieścia osób, to pewno i lody dobre. Ale przecież nie mam czasu! Chwila.. nikt do mnie nie zadzwoni z żadnym problemem, nikt nie wie gdzie jestem i co robię BO NIE MAM TELEFONU. Może jednak kupię sobie te lody. Stoję więc w tej kolejce i gapię się na ludzi. Ludzie się gapią w telefony, a ja na nich, BO NIE MAM TELEFONU.

Zjadłam te lody, dobre były ale to dopiero minęło 20 minut. To idę dalej przed siebie. Piękne kamieniczki, stare zapomniane uliczki, domy porośnięte winoroślą i bluszczem i jakaś historia, która kołacze się z tyłu głowy. Idę nieśpiesznie, rozglądam się dookoła, patrzę na ludzi, myślę sobie gdzie oni się tak śpieszą? Ja się nie muszę śpieszyć i tak nikt nie wie co robię i gdzie jestem. Nie wiem co tam nowego na Instagramie, która koleżanka znów wrzuciła zdjęcia dziecka na Facebooka i czy jest jakiś problem do rozwiązania na już. Mogę się rozkoszować chwilą i zniknięciem dla świata.

Wróciłam nieśpiesznie po telefon. Już mi go tak nie brakowało.

Otóż Moi Drodzy. Nieswojo mi było przez pierwsze 15 minut. Potem zaczęłam dostrzegać, co dzieje się dookoła mnie. A jakby tak…? Od czasu do czasu… zniknąć?

Zdjęć z przymusowej eksploracji Krakowa Wam nie pokażę, bo nie miałam telefonu…

Dajcie znać jak Wam się podobało. Dajcie lajka na zachętę. Mam nadzieję, że wena wróciła na stałe, może pomógł mi w tym 1,5 godzinny detoks ? 🙂